Niedzielne skałki

Niedzielne skałki

Dziś był dla mnie niesamowity dzień. I to nie dlatego, że jest globalne ocieplenie, ale z powodu mojej wycieczki. Czy macie czasami taki dzień, w którym wydarza się coś na pozór zwykłego, ale zarazem tak radosnego i prostego, że aż człowiek się dziwi, że coś takiego może cieszyć?


Przedwczoraj jeździłam na rowerze bo było ciepło, jak na wiosnę czy w jesieni, jak kto woli. Wczoraj też jeździłam na rowerze, i - pomimo, że jest grudzień - na ścieżce rowerowej z Krakowa do Tyńca spory był ruch. Dziś jednak nie było już słońca i ciepła, ostry wiatr się pojawił, a jednak, dzisiaj było najmilej.


Skałki. Pojechaliśmy naszą ścieżką, trochę błota, odrobinę ślisko, właściwie, to bardzo. Drapiące krzaki jeżyn wbijały mi się w ręce, mimo tego, że miałam na rękach rękawiczki z polarka. Tak, więc, przedzieraliśmy się przez te zarośla, już bez liści ale za to szpilkowate jak zawsze, pchaliśmy rowery przez to błoto, ześlizgiwały się koła i ześlizgiwaliśmy się my. Patrzyłam na skały, szukałam wzrokiem wlotów do jaskiń. Po drodze martwy królik zjedzony częściowo przez ptaki. To był jedyny smutny obraz tej wyprawy. Do czasu. Z człowiekiem stałoby się to samo i stanie się - myślałam.


Potem był jeszcze lekki wjazd pod górkę, odpoczynek i powrót. Częściowo drogą, dalej polami. Na końcu spotkaliśmy sąsiada z jego psem-świnką. Kiedyś nie chciałam wierzyć w to, że ludzie jeżdżący samochodami postrzegają inaczej tych używających własnych mięśni do napędu kół. Kiedy już sąsiad nas zobaczył, wyrwało mu się: a ja myślałem, że to jakiś wariat jeździ o tej porze po polach.


Nie, to tylko my - chciałam powiedzieć. Ale nie było sensu. Mój mąż ma rację: jeśli ktoś nie jeździ tu limuzyną, jest uważany za wariata.

Powrót